Dobrze, więc zacznę raz jeszcze. Mam nadzieję, że tym razem uda mi się nie skasować tej notki, Bogusław się nie wyłączy a ja nie przypomnę sobie o czymś ważnym zapominając tym samym, że coś w ogóle pisałam.
Nie ukrywam, najlepiej piszę mi się rano, najlepiej myśli mi się rano, ogółem robi cokolwiek najlepiej mi się rano. No, ale…no właśnie. Rzadko z rana jestem aktywna, bo jak już mam wolne to śpię do oporu. Zapewne, dlatego nie idzie mi ostatnio zbyt dobrze z nauką a blog stoi w miejscu i się nie rusza.
Mało ostatnio piszę, nawet na papierze. Nie mogę zebrać myśli, a jak już otwieram swój zeszycik to uświadamiam sobie, że nie wiem, co mogłabym tam napisać. Czyżby znudziło mi się rozmawianie sama ze sobą? Czyżbym nie miała już sobie nic do powiedzenia? A może mam to świadomość, że jedyne, co mogłabym do siebie powiedzieć, no może nie jedyne, ale najważniejsze, to to, że mam się ogarnąć i wziąć do roboty skoro już postanowiłam kontynuować naukę na tej wspaniałej uczelni. Uświadomiłam sobie, że kryzys głownie wziął się z zaległości. Chyba po prostu przeraziłam się nawału pracy, który mnie czeka, aby to wszystko nadrobić. No każdy wie, uciekać najłatwiej. Jak na razie nie odrobiłam nic, nie zaliczyłam żadnego kolokwium w tym semestrze, semestrze jedyne z czym ruszyłam do przodu do makieta, ale to tylko dzięki Gośku, która bardzo mi w tym pomaga. O, i jeszcze wybrałam sobie panią promotor i jako tako wiem, o czym będę pisać. Jako tako, bo konkretnego tematu jeszcze nie wymyśliłam, ale na to mam cale wakacje. Jakoś to będzie prawda? Najdziwniejsze jest to, ze nadal utrzymuje się we mnie ten stan nie przejmowania się. Kurde, tak szczerze to nawet nie mam pomysłu, co mogłabym robić, gdybym jednak na razie nie studiowała. Albo, jakie studia zamiast tych mogłabym wybrać. Nie wierze w siebie zbytnio w tym zakresie. Jak na razie zaczęły się juwenalia, co dodatkowo podsyca mój stan „nie chce mi się!”. Szczerze to czekam na czerwiec, a raczej końcówkę czerwca żeby się spakować i wrócić na moja cudowna wiochę. I są już znani egzaminatorzy z leksykologii. Oczywiście dostałam najgorszego możliwych. Powoli zaczynam się już do tego przyzwyczajać. W sumie w tamtym roku tez panikowałam, a w końcu wyszło okej, wiec może w tym to się powtórzy.
Moje plany, co do cudownej, ognistej rudości nadal kończą się porażka w postaci jedynie poblasku. Tak wiem, odłożę trochę kasy i idę do fryzjera, innego wyjścia nie ma. Myślałam jeszcze o rozjaśniaczu, ale szybko zrezygnowałam, bo moje włosy mogłyby tego nie przeżyć.
Dziś patrząc na moją Pandę odkryłam, że nie jest to już Najbrzydsza Panda Na Świecie, tylko Najsmutniejsza. Nie wiem, czemu wcześniej tego nie zauważyłam.
Naszło mnie ostatnio na kolczyk w języku. Pewnie, gdy już go kiedyś zrobię będę na siebie wrzucać, seplenić i żyć na jogurtach przez miesiąc, ale co tam. No Michał marudzi, ale pewnie jak już zrobię to mu się spodoba. Chyba.
Czego nie lubię w juwenaliach? Prób mikrofonów od rana, rozstawiania barierek od rana i ogółem wszystkiego od rana. W tamtym roku wywrzaskiwał się chociaż pan Karolak to dało się przeżyć. Ale przestaje już narzekać, bo już dziś Myslovitz, wiec radość, radość, radość. Ogółem moja współlokatorka panna T., ma denerwujący zwyczaj odmieniania tej nazwy „jutro idziemy na myslovitza!”, brrrrr.
Piotr założył fejsbuka, nie wierze! Ale no niech będzie, ze to lubię. On i tak nie czyta tego bloga, więc co mi tam.
No dobrze, bo ta notka robi się przydługa, a poranek nie trwa wiecznie. Dodam tylko, ze jednak dobrze jest czasem schować honor w buty, bo można mieć szanse na spędzenie miłego wieczoru. Nawet jak się czeka w magiku godzinę na żarcie. No to miejmy nadzieję, ze wszystko pójdzie dobrze oraz, że uda mi się dziś odnaleźć tym tłumie wszystkich, których odnaleźć chce. Cya!
FaJna nOTka, poZDraffiam serrrrDeczNie i zapRAszAm do mniE! xD :* :* :* :* :*
OdpowiedzUsuńjuz dawno miałam zapytac, ale zrobie to teraz: że co?O.O
OdpowiedzUsuń