niedziela, 27 marca 2011

Bo wiosnę lubię.

Wróciła wiosna, baronowo, jak to zgrabnie stwierdziła Mała na mojej fejsbukowej tablicy. No i wróciła. Mimo, że wczoraj z rana podobno padał śnieg. Nie dane mi było tego zobaczyć na szczęście, bo pewnie nie zdobyłabym się na wyjście z mieszkania w płaszczyku i trampkach w kwiatki. Dziś słońce już mi świeci po szybie, czas został zmieniony na letni i zaczynam już się zastanawiać kiedy pojawi się przed moim oknem huśtawka, bo tęsknie nad leniwym kołysaniem i gapieniem się w niebo. To jest niezwykle jak przyjście wiosny może wpływać na patrzenie w przyszłość. Mimo, ze tym razem zwykła dla mnie deprecha jesienno- zimowa zdołała mnie ominąć (myślę, ze każdy się domyśla dlaczego J) to z końcem tej smutnej pory roku zwanej zima, patrzę w przyszłość ze zdecydowanie większym optymizmem. Łatwiej mi siedzieć na uczelni, nawet na zajęciach, których nie lubię (analiza i interpretacja dzieła literackiego, nie brzmi nawet tak źle, prawda? Niestety doprowadza mnie do szalu i nie do końca rozumiem co takiego brała pani która to prowadzi), bo wiem, ze gdy semestr się skończy czekają na mnie cudowne wakacje, podczas których jak zwykle mam zamiar zrobić masę rzeczy, z których pewnie zrobię mniej niż połowę. Jak na razie obiecałam sobie, że popracuję nad swoją kondycją która jest niestety tak marna, że aż załamująca. Ostatnio biegnąc do nocnego, prawie wyplułam płuca, już nie wspominając o tym jak się czułam po wejściu na 9 piętro z torbą pełną butelek Heinekena. Mam szczerą nadzieję, że obietnicy dotrzymam. Co prawda, miałam jej dotrzymywać z Michałem, ale on tłumacząc się pokrętnie i dziwacznie nie chce ze mną biegać. Może to i lepiej, bo jak zacząłby przebierać tymi długimi nogami pewnie nie miałabym dużych szans.
Jest mi milo. Siedzę sobie w mojej pasiastej sukience po raz pierwszy w tym roku, słucham Lily Allen i próbuję czytać Kraszewskiego na pozytywizm. Dodam, że słyszę Cambio Dolor zza ściany, co przypomina mi, że z Ol obejrzałyśmy tylko kilka odcinków. Och, to był serial, to były czasy. Łaziłam w czapce, która podarował mi mój dziadek i wydawało mi się, że jestem jak Milagros.
Zbliżają się mojej urodziny. Każdy, kto mnie trochę zna wie, ze wpadłam już w maluteńki szał planowania ogniska. W sumie nie zostało już aż tak dużo czasu, ale tak naprawdę nie ma też dużo planowania. Co zrobić? Ognisko. Kiedy? W weekend, pewnie w niedzielę. Kijki? Zapewne trzymają pomidory. A jak nie? Zdobyć. Pożywienie? Zdobyć. Drewno?Wysępic od taty. Ludzie? Poinformować. Alkohol? Do ustalenia. Muzyka? Bogusław, lub mp3
Zastanawiam się czemu ludzie z którymi do niedawna byłam tak blisko odsuwają się ode mnie. Może to ja się od nich odsuwam nawet tego nie zauważając? W sumie po co próbować się z kimś przyjaźnić na silę? Jest kilku stałych ludzi w moim życiu, inni tak naprawdę pojawiają się i znikają. Czy wraz z upływem czasu coraz trudniej zdobyć przyjaciół? Czy jak już będę po 30 nie mogę już liczyć na nic prawdziwego oprócz tych przyjaciół których zdobyłam we wczesnej młodości? Dziwię się łatwości z która przychodzi mi uważanie kogoś za przyjaciela po kilku miesiącach, aczkolwiek musze przyznać ze jestem teraz ostrożniejsza. Okazuje się coraz częściej, ze przejmuje się kimś komu nawet nie chce się ze mną pogadać. Trochę to żałosne, prawda?.
I mam nadzieje, ze wakacje przyjdą zanim się obejrzę. A ja będę mogła się pożegnać, mam nadzieje na zawsze,z akademikiem nr 5. zresztą udało mi się przeżyć większa cześć tego roku akademickiego bez bywania tam zbyt często, za co wszystkim, którzy mnie w tym czasie przetrzymywali u siebie dziękuję.