wtorek, 6 września 2011

O słońcu bez słońca.

Przyznam się szczerze: stęskniłam się za tym miejscem. Za tym domem. Za tym pokojem. Jednak to dobrze miec coś do czego mozna wrócic. I odetchnąc. I pomyslec. I zatęsknic. Tak więc jestem tu. Jak na razie nauka wychodzi mi średnio, ale ciągle powtarzam sobie, ze mam kilka dni i moze dam radę. I nadal nie wiem czy chcę to zrobic. Ogółem powiedzmy szczerze, ostatnio wielu rzeczy nie wiem. Nie wiem czego chcę, ale wiem czego nie chcę, a to czego nie chcę ostatnio mnie zaskakuję. Pomieszanie z poplątaniem. Z jednego się cieszę. Z tego, ze juz tak bardzo się nie boję swoich uczuc, z tego, ze potrafię się przyznac gdy cos mi nie pasuję, gdy coś mnie uwiera. Kilka rzeczy ostatnio mnie smieszy, moze zrobiłam się cyniczna. Ale czy zawsze warto ustepowac? W jakiejkolwiek sytuacji? Nasze wybory określają nas samych, tego się ostatnio nauczyłam. Na wszystko przyjdzie pora, przychodzi tez pora na to by dorosnąc. I nie mówię tu o tym całym sztucznym nadymaniu się i uwazaniu, ze tylko ja mam rację. Chciałabym, zebym zaczęła liczyc sie z własnym zdaniem. Tak własnie, ze swoim własnym. Zebym nie zmieniała go w ciągu kilku minut przy kazdym podmuchu wiatru.

Co do spraw bardziej przyziemnych, bo nawet mnie zaczyna nudzic to całe odkrywanie siebie. Wypad do Kozienic udany, aczkolwiek męczący troszkę. W każdym razie, ludzie na poziomie trzymali się pionie, ludzie, po których się tego nie spodziewano nie zawiedli, Michał się spisał wspaniale i teraz chwalą go nawet bardziej niz wcześniej (ciotka J. stwierdziła, ze jest w ich stylu, powinnam zacząc się bac?). Poprawkowa nadchodzi jak nadchodzila, tylko mam wrazenie, ze szybciej i to samo jest z jesienią. Wszystko dobrze, wszystko lepiej. Wychodzi u mnie słońce, czego nie widzi nikt oprócz mnie. Mam nadzieję, ze niedługo zacznie razic mnie w oczy.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

I drink to that.

Chyba śnię! Bo tylko we śnie mam to wrażenie, że czegokolwiek nie zrobię na nic nie mam wpływu, a w następnej chwili mam ochotę zrobic wszystko na raz. W rezultacie zostaje w tym samym miejscu i obserwuje. A możecie wierzyć lub nie, ale jest, co obserwować. I kogo. Mimo, ze mieszkam tu tylko z czterema osobami, osobami w tym tylko jedna, jedyną z mojego własnego wyboru, jeżeli chodzi o obserwacje mam dużo materiału. Wnioski nie są zbyt krzepiące. Bo jak może być krzepiące to, że tylko mi przeszkadza syf w kuchni na tyle żeby podjąć wyczerpujące kroki ku temu, żeby syfu nie było? Nie mówie o zwykłym zmywaniu czy uprzątnięciu blatów lub wyniesieniu śmieci, bo w tym przebłyski ma każdy (niestety, lub stety zależy, z której strony patrzeć robi to mój Michał), ale nikt nie pomyśli o wyszorowaniu kuchenki, odkurzeniu a już z pewnością nie o umyciu podłogi. W ogóle czasem mam wrażenie, że tylko ja i M. mieszkaliśmy w domu w jakiś przyzwoitych warunkach i mieliśmy szanse sie do takich przyzwyczaić. Wiem, wiem, wyglądam tu na straszliwą, jędzowatą pedantkę, ale mogłabym podać wiele innych przykładów, którymi zostaję codziennie wprowadzona w stan choćby maleńkiej irytacji. Nie widzę jednak takiej potrzeby. Bo w sumie jestem skazana na mieszkanie tu przynajmniej do następnych wakacji. Staram się powstrzymywać, więc chęć kopania, bicia i gryzienia, oraz co najważniejsze: sprzątanie po nich. Od razu dodam, że nie twierdzę, że ludzi tych nie znoszę. Lubię ich, mimo, że nie są z mojego świata. Jednych bardziej, innych mniej, ale lubię. Poza tym po pewnej akcji, w której jedno z nich pomogło i moich za nią przeprosinach usłyszałam, że od tego są przyjaciele, co prawda po pijanemu i raczej przyjacielem bym go nie nazwała, ale zrobiło mi się miło. I niestety, zaczęłam się nad tym zastanawiać. Przyjaciele? Nie powinnam tu rozwijać jak na razie tego tematu. Po zbyt wiele sprzecznych myśli we mnie siedzi. Chyba najgorsza jest ta duma, niemożność proszenia i przepraszania po kilka razy. Tęsknota a z drugiej strony głupia złość, że chcą odejść. Z drugiej strony pytanie, ile można przebaczać? I co tak naprawdę można a czego już nie? Czy chęć wybaczania ma tu cos do rzeczy? Czy liczy się honor, duma lub troska? Niestety, nie mogę słać listów, nie mogę stać pod domem, chyba włączyła mi się kwestia szanowania czyjejś decyzji, mimo, że nigdy wprost jej nie usłyszałam. Wracają do mnie ostatnio demony z mojej przeszłości. I to w miejscach, w których nie oczekiwałabym ich widzieć. Pytanie, czy to nie moja chora wyobraźnia? Bo niestety tak to jest z naszymi strachami, boimy się czasem podejść na tyle blisko by rozwiać wątpliwości. Znowu mi się włącza moje blablabla, które włącza mi się zazwyczaj po Murakamim. Tym razem nawet go do tego nie potrzebowałam. Może naprawdę boję się, że kiedyś moja przeszłość złapię mnie na ulicy za ramię? Coraz mniej wiem, coraz częściej się zastanawiam. To źle, źle, źle. Nigdy nic dobrego nie przyszło z siedzenia na pośladkach i zastanawianiu się. Przynajmniej mi. Dobre przychodziło gdy dawałam sobie z tym spokój i wychodziłam wreszcie z tej „studni” na światło dzienne. Czy dam radę doprowadzić cokolwiek do końca? Nie mówić o tym wszystkim dookoła tylko zrobić i wreszcie z tej studni wyjść i już nie wracać?

piątek, 20 maja 2011

Bye, bye Hollywod Hills forever!

Dobrze, więc zacznę raz jeszcze. Mam nadzieję, że tym razem uda mi się nie skasować tej notki, Bogusław się nie wyłączy a ja nie przypomnę sobie o czymś ważnym zapominając tym samym, że coś w ogóle pisałam.
Nie ukrywam, najlepiej piszę mi się rano, najlepiej myśli mi się rano, ogółem robi cokolwiek najlepiej mi się rano. No, ale…no właśnie. Rzadko z rana jestem aktywna, bo jak już mam wolne to śpię do oporu. Zapewne, dlatego nie idzie mi ostatnio zbyt dobrze z nauką a blog stoi w miejscu i się nie rusza.
Mało ostatnio piszę, nawet na papierze. Nie mogę zebrać myśli, a jak już otwieram swój zeszycik to uświadamiam sobie, że nie wiem, co mogłabym tam napisać. Czyżby znudziło mi się rozmawianie sama ze sobą? Czyżbym nie miała już sobie nic do powiedzenia? A może mam to świadomość, że jedyne, co mogłabym do siebie powiedzieć, no może nie jedyne, ale najważniejsze, to to, że mam się ogarnąć i wziąć do roboty skoro już postanowiłam kontynuować naukę na tej wspaniałej uczelni. Uświadomiłam sobie, że kryzys głownie wziął się z zaległości. Chyba po prostu przeraziłam się nawału pracy, który mnie czeka, aby to wszystko nadrobić. No każdy wie, uciekać najłatwiej. Jak na razie nie odrobiłam nic, nie zaliczyłam żadnego kolokwium w tym semestrze, semestrze jedyne z czym ruszyłam do przodu do makieta, ale to tylko dzięki Gośku, która bardzo mi w tym pomaga. O, i jeszcze wybrałam sobie panią promotor i jako tako wiem, o czym będę pisać. Jako tako, bo konkretnego tematu jeszcze nie wymyśliłam, ale na to mam cale wakacje. Jakoś to będzie prawda? Najdziwniejsze jest to, ze nadal utrzymuje się we mnie ten stan nie przejmowania się. Kurde, tak szczerze to nawet nie mam pomysłu, co mogłabym robić, gdybym jednak na razie nie studiowała. Albo, jakie studia zamiast tych mogłabym wybrać. Nie wierze w siebie zbytnio w tym zakresie. Jak na razie zaczęły się juwenalia, co dodatkowo podsyca mój stan „nie chce mi się!”. Szczerze to czekam na czerwiec, a raczej końcówkę czerwca żeby się spakować i wrócić na moja cudowna wiochę. I są już znani egzaminatorzy z leksykologii. Oczywiście dostałam najgorszego możliwych. Powoli zaczynam się już do tego przyzwyczajać. W sumie w tamtym roku tez panikowałam, a w końcu wyszło okej, wiec może w tym to się powtórzy.
Moje plany, co do cudownej, ognistej rudości nadal kończą się porażka w postaci jedynie poblasku. Tak wiem, odłożę trochę kasy i idę do fryzjera, innego wyjścia nie ma. Myślałam jeszcze o rozjaśniaczu, ale szybko zrezygnowałam, bo moje włosy mogłyby tego nie przeżyć.
Dziś patrząc na moją Pandę odkryłam, że nie jest to już Najbrzydsza Panda Na Świecie, tylko Najsmutniejsza. Nie wiem, czemu wcześniej tego nie zauważyłam.
Naszło mnie ostatnio na kolczyk w języku. Pewnie, gdy już go kiedyś zrobię będę na siebie wrzucać, seplenić i żyć na jogurtach przez miesiąc, ale co tam. No Michał marudzi, ale pewnie jak już zrobię to mu się spodoba. Chyba.
Czego nie lubię w juwenaliach? Prób mikrofonów od rana, rozstawiania barierek od rana i ogółem wszystkiego od rana. W tamtym roku wywrzaskiwał się chociaż pan Karolak to dało się przeżyć. Ale przestaje już narzekać, bo już dziś Myslovitz, wiec radość, radość, radość. Ogółem moja współlokatorka panna T., ma denerwujący zwyczaj odmieniania tej nazwy „jutro idziemy na myslovitza!”, brrrrr.
Piotr założył fejsbuka, nie wierze! Ale no niech będzie, ze to lubię. On i tak nie czyta tego bloga, więc co mi tam.
No dobrze, bo ta notka robi się przydługa, a poranek nie trwa wiecznie. Dodam tylko, ze jednak dobrze jest czasem schować honor w buty, bo można mieć szanse na spędzenie miłego wieczoru. Nawet jak się czeka w magiku godzinę na żarcie. No to miejmy nadzieję, ze wszystko pójdzie dobrze oraz, że uda mi się dziś odnaleźć tym tłumie wszystkich, których odnaleźć chce. Cya!

niedziela, 27 marca 2011

Bo wiosnę lubię.

Wróciła wiosna, baronowo, jak to zgrabnie stwierdziła Mała na mojej fejsbukowej tablicy. No i wróciła. Mimo, że wczoraj z rana podobno padał śnieg. Nie dane mi było tego zobaczyć na szczęście, bo pewnie nie zdobyłabym się na wyjście z mieszkania w płaszczyku i trampkach w kwiatki. Dziś słońce już mi świeci po szybie, czas został zmieniony na letni i zaczynam już się zastanawiać kiedy pojawi się przed moim oknem huśtawka, bo tęsknie nad leniwym kołysaniem i gapieniem się w niebo. To jest niezwykle jak przyjście wiosny może wpływać na patrzenie w przyszłość. Mimo, ze tym razem zwykła dla mnie deprecha jesienno- zimowa zdołała mnie ominąć (myślę, ze każdy się domyśla dlaczego J) to z końcem tej smutnej pory roku zwanej zima, patrzę w przyszłość ze zdecydowanie większym optymizmem. Łatwiej mi siedzieć na uczelni, nawet na zajęciach, których nie lubię (analiza i interpretacja dzieła literackiego, nie brzmi nawet tak źle, prawda? Niestety doprowadza mnie do szalu i nie do końca rozumiem co takiego brała pani która to prowadzi), bo wiem, ze gdy semestr się skończy czekają na mnie cudowne wakacje, podczas których jak zwykle mam zamiar zrobić masę rzeczy, z których pewnie zrobię mniej niż połowę. Jak na razie obiecałam sobie, że popracuję nad swoją kondycją która jest niestety tak marna, że aż załamująca. Ostatnio biegnąc do nocnego, prawie wyplułam płuca, już nie wspominając o tym jak się czułam po wejściu na 9 piętro z torbą pełną butelek Heinekena. Mam szczerą nadzieję, że obietnicy dotrzymam. Co prawda, miałam jej dotrzymywać z Michałem, ale on tłumacząc się pokrętnie i dziwacznie nie chce ze mną biegać. Może to i lepiej, bo jak zacząłby przebierać tymi długimi nogami pewnie nie miałabym dużych szans.
Jest mi milo. Siedzę sobie w mojej pasiastej sukience po raz pierwszy w tym roku, słucham Lily Allen i próbuję czytać Kraszewskiego na pozytywizm. Dodam, że słyszę Cambio Dolor zza ściany, co przypomina mi, że z Ol obejrzałyśmy tylko kilka odcinków. Och, to był serial, to były czasy. Łaziłam w czapce, która podarował mi mój dziadek i wydawało mi się, że jestem jak Milagros.
Zbliżają się mojej urodziny. Każdy, kto mnie trochę zna wie, ze wpadłam już w maluteńki szał planowania ogniska. W sumie nie zostało już aż tak dużo czasu, ale tak naprawdę nie ma też dużo planowania. Co zrobić? Ognisko. Kiedy? W weekend, pewnie w niedzielę. Kijki? Zapewne trzymają pomidory. A jak nie? Zdobyć. Pożywienie? Zdobyć. Drewno?Wysępic od taty. Ludzie? Poinformować. Alkohol? Do ustalenia. Muzyka? Bogusław, lub mp3
Zastanawiam się czemu ludzie z którymi do niedawna byłam tak blisko odsuwają się ode mnie. Może to ja się od nich odsuwam nawet tego nie zauważając? W sumie po co próbować się z kimś przyjaźnić na silę? Jest kilku stałych ludzi w moim życiu, inni tak naprawdę pojawiają się i znikają. Czy wraz z upływem czasu coraz trudniej zdobyć przyjaciół? Czy jak już będę po 30 nie mogę już liczyć na nic prawdziwego oprócz tych przyjaciół których zdobyłam we wczesnej młodości? Dziwię się łatwości z która przychodzi mi uważanie kogoś za przyjaciela po kilku miesiącach, aczkolwiek musze przyznać ze jestem teraz ostrożniejsza. Okazuje się coraz częściej, ze przejmuje się kimś komu nawet nie chce się ze mną pogadać. Trochę to żałosne, prawda?.
I mam nadzieje, ze wakacje przyjdą zanim się obejrzę. A ja będę mogła się pożegnać, mam nadzieje na zawsze,z akademikiem nr 5. zresztą udało mi się przeżyć większa cześć tego roku akademickiego bez bywania tam zbyt często, za co wszystkim, którzy mnie w tym czasie przetrzymywali u siebie dziękuję.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

'Cause all you do is hope.

Życie czasem jest wyjątkowo wredne. W kilka chwil może udowodni człowiekowi jakim jest malutkim kretynem, sądząc, że to czym się aktualnie przejmuje jest naprawdę tego warte.
Sesja, studia, brak kasy.
Wkurzający ludzie na ulicach.
Kończący się cukier w słoiku, nieukładające się włosy z rana, rozmazujący się tusz.
To czy aby nie przytyłam i czy z pewnością mój tyłek jest w porządku.
I raptem się okazuję, że powinnam być najszczęśliwszą osobą na świecie , bo moje problemy, to tak naprawdę malutkie problemiki. Nierealne.
Bo przyjdzie wiosna, przyjdzie stypendium, kupie jutro cukier, tusz wymienię na inny. Z sesją też pewnie sobie jakoś poradzę, a jemu mój tyłek się podoba i to wystarczy.
Szkoda, że nie wszystkiego nie da się załatwić w tak prosty sposób. Że niektóre rzeczy pozostaną totalnie chu.jowe, niezależnie od tego jakbyśmy się starali.
Bardzo bym chciała, żeby takie rzeczy nie istniały. Żeby wszystko mimo wszystko dało się jakoś obejść.
Żeby raptem los nie wpierdzielał się jak ciężarówka w ludzi.
Żeby to był cukier w słoiku a nie po prostu totalne gruzowisko.
Chciałabym wziąć kocyk, walnąć się na trawę, zasłonić oczy przed słońcem i nie pamiętać, że życie dla niektórych jest tak totalnie, masakrycznie niesprawiedliwie. Że kopie po tyłkach nie tych co powinno. Chociaż czy mnie to ocenia kogo tak właściwie powinno?
Ale wiadomo, że każdy chroni tych, których kocha.
Każdego, byle nie ich. Nie jest tak?
Bum, bum, bum, spokój zakończony. Świat jest okrutny. Nie starajmy się rozumiec dlaczego. Nikt tego nie wie, pewnie dlatego w końcu powstał prozac.